Przelot


Śnisz mi się zwiewnie. Lecimy gdzieś w dali
Nad łąk jesiennych niespiesznym bezmiarem,
Gdzie wierzb płaczących wiotkie stoją mary,
Gdzie goniąc słońce zapadamy w mrok.

Dotykam Ciebie, lecz obraz Twój pryska.
W nicość, w krainy ducha, w uroczyska!
W kamień i pustkę, w stare mchy i wicher...
Czujesz ten zapach zabranych nam lat?

Nikniesz, a przecież coś się mogło zdarzyć!
Gwiazd nam potrzeba, Chorsa srebrnej twarzy!
Strzepujesz rosę z sukni tkanej nocą,
Ja zaś niepewny stawiam w ziemię krok.

I jakaś trwoga za gardło mnie ściska.
Umieram więc, a ze mną uroczyska
I tylko obraz Ciebie ponad łąką
Zabiorę z sobą w głośny jawy świat.

2014 r.

Daremność




Mogę być Tobie tylko przyjacielem.
Iść mogę wszędzie, gdzie mnie zaprowadzisz,
Ale się niczym z Tobą nie podzielę
I nic zupełnie na to nie poradzisz.

Mogę Cię słuchać całe długie wieki,
Zatapiać z Tobą w nastroju jesieni,
Lecz zawsze będę odległy, daleki.
Nic już doprawdy tego nie odmieni.

Świat Ci miłości przecież nie poskąpi
W całym swym pięknie, w swoim boskim dziele,
Lecz z mojej strony tego nie dostąpisz.
Ja być Ci mogę tylko przyjacielem.

A gdy zażądasz przypadkiem ode mnie,
Bym poszedł z Tobą w długą życia drogę,
Wnet Ci odpowiem, że prosisz daremnie.
Ja przyjacielem tylko być Ci mogę.

10 grudnia 2002 r.

Alpha Orionis



nikłe światło lampy naftowej
gdzieś w górze
pająk schowany w gęstwinie ciemności
przędzie nić z milczących wspomnień

garść schizofrenii z domieszką lęku
pazur nietoperza
i gwiezdny pył

nic nie zostało powiedziane do końca
życie i śmierć
a pomiędzy nimi
obojętnie chłodne lustro

przelatujący meteor
i pohukiwanie sowy
eony pustych zdarzeń zatrute jadem czasu
zagadka nieśmiertelności
pogrzebana pod drzewem
za świętego gaju upadłych epok

trzy uncje siarki i iskra rozkoszy
alpha orionis
ciemna noc

życie co szuka
zasadności bytu

12 stycznia 2000 r.

Jezioro o Poranku



Nad zamglonym jeziora błyszczącego brzegiem
Przysiadł ze mną mój smutek. Razem w ciszy trwamy.
Czas rozcina poranek swoim zwykłym biegiem.
W bladych słońca promieniach budzą się omamy.

Gdy siedzimy tak razem, zlani świtem słońca,
Nasze twarze zaś muska powiew wiatru świeży,
Dziewczę piękne w oddali zieleń trzcin potrąca
I powiewną postacią ku nam obu bieży.

Każdy z nas w inny sposób rusałkę postrzega
I inaczej niż drugi jej śpiewanie słyszy:
Mnie głos przyszłej miłości z dali tej dobiega,
Smutek marę w niej widzi, wytwór jeno ciszy.

U mnie zmysłów huragan piękność owa koi,
Kiedy wiatrem niesiona mknie z wodnych rubieży.
Smutek się o prawdziwość zjawy niepokoi
I, choć może by pragnął, wcale w nią nie wierzy.

Nagle staje przed nami, nikłą mgłą okryta,
I swym głosem rozbija cichą tajemniczość.
Rękę ku mnie wyciąga. "- Pójdziesz ze mną? - pyta,
Więc jej dłoń swą podaję. Smutek pierzcha w nicość.

20 maja 2002 r.

Rusałka



Ubogi ten, kto w czary dziś nie wierzy
I w Twe istnienie w ciemnych bagien stronie,
Boginko, która w głębi mieszkasz lasów,
Księżycowego światła pijąc zjawy,
Jak gdyby były szczytem wszech rozkoszy -
Zarówno w niebach, jak na ziemi łonie.
Pozwól zanurzyć się w szamańskim szale,
Rozświetl niewiedzę, okiem spójrz łaskawym

I śpiewaj, piękna! Śpiewaj, o Bogini!
Niechaj sonaty żalu bezdennego
Lecą przez nocnej ciszy krajobrazy,
Zmysły uwodząc pokusą powabną,
Świecąc tak jasno, jak nad Śląskiem księżyc,
Wiodą ku złotym wrotom snu wiecznego,
Bym mógł podziwiać w wielkim uwielbieniu,
W strumieniach srebra, postać Twoją zgrabną.

Za głosu duszy dążąc zawezwaniem,
Idę ku źródłu głębokiej tęskności
Szukać świetności starożytnych czasów,
Skrytej przede mną w świątyniach ofiary,
Pośród kultury zapomnianej ruin...
Widzę, jak stoisz posągiem świętości,
Śpiewasz mi smutne pieśni zatracenia.
Zamykam oczy. W nowe mknę wymiary.

27 stycznia 2001 r. - 12 stycznia 2015 r.

Przemienienie



Miriady kamiennych pomników i mrok.
Uciekam od siebie na drodze do gwiazd.
W czeluści niemocy zatapiam swą jaźń.
W oddali ucieka niknący mój czas.

Kamienne pomniki ścierają się w proch.
Znów sen o zaroślach - natrętny mój sen!
Sic itur ad astra! Przemieniam się w pęd.
W północnym powietrzu gotuje się tlen.

Zamieniam się w światło, w potęgę i byt -
Wszechwładne, żywiczne, boskie uniesienie!
Wiruję w świętości nowego imienia!

Bo cóż ponad bóstwo piorunów i las?
Przenikam wszechświaty pradawnym imieniem.
Znalazłem moc życia w słowiańskich korzeniach!

13 sierpnia 2002 r. - 12 stycznia 2015 r.

Docenić Siebie



Jeszcze się zorza na niebie pali
I drzewa słońcu biją pokłony,
A już się w cieniu nikomu żalisz,
Żeś tak samotny i opuszczony.

Ten nikt cię słucha i ci zazdrości,
Że - choć samotny - znasz, co istnienie,
Że byłeś w stanie zaznać miłości,
On zaś od zawsze był tylko cieniem.

11 sierpnia 2002 r.

Do Życia



Com Ci uczynił, żeś mnie tak zmieniło,
Wszechmocne życie, niepojęta Siło?

Dawniej bywałem rozsianym atomem,
Martwym i zimnym nawet nie zamysłem.
Tyś mnie natchnęło myślą oraz ruchem
I odtąd światy wyznaję wieczyste.

Czuję cię mocno, jak nie znałem siebie.
Teraz dotykam, widzę i rozumiem,
Piszę i marzę, wstaję i upadam.
Łowię Cię, Mocy, w świętym lasów szumie.

Dziwneś jest. Kiedyś znów się w atom zmienię.
Znów będę cichą, ciemną krwią wszechświata
I może w inne kiedyś wniknę ciało...
Święteś jest, kiedy tak nad niebyt wzlatasz!

Żyję, więc tworzę. Tworzę, a więc żyję!
Spełniam Twój sen o istnieniu, Twą miłość
Do przejawiania się i do wzrastania!
Com Ci uczynił, żeś tak mnie zmieniło?

Zakopane, 9 sierpnia 2002 r.

Wołanie W Próżnię



w moim onirycznym
autystycznym
wysublimowanym świecie
nie ma miejsca na złudę
i twoje objawienia

zanim zrozumiesz
przeklniesz
nim się zastanowisz
odrzucisz

będę istniał pomimo ciebie
i twoich ubogich chwil
zmarnowanych szans
na bycie człowiekiem

nigdy niewyśnionych
snów

12 stycznia 2015 r.

z cyklu "Psyche"

* * *



przeprowadziłem dziś
sekcję zwłok
mojej wczorajszej
psychiki

później
wyszedłem z domu
by podziwiać
krwisty zachód słońca

i znalazłem pod nogami
swoje kolejne
wcielenie

12 stycznia 2015 r.

z cyklu "Psyche"

* * *



dziś zapukało do mnie
drugie
wątpiące ja

witaj
więc ty też
straciłeś naiwną wiarę?

12 stycznia 2015 r.

z cyklu "Psyche"

* * *



błysk
potem kolejny
i jeszcze jeden

a w tym wszystkim ona
tak niezrozumiała
a tak dobrze znana

milcząca tysiącem słów
podczas gdy ja
mówię do niej
ciszą

12 stycznia 2015 r.

z cyklu "Psyche"

Myśl



Kimże jestem? Przygodnym wędrowcem.
Skądś przybyłem i dokądś odpłynę
Trupiobladym wieczności żaglowcem
Z prześcieradeł szpitala, gdziem przyszedł na świat.

Zamkną za mną się świata podwoje
I w powietrzach przejrzystych zaginę.
Czy będziemy tam wtedy oboje,
Czy odejdę samotnie, burzliwie - jak wiatr...?

12 stycznia 2015 r.

Świadek Stuleci



... Więc co chcesz mi rzec, o kamienny Bożycu,
Ciężarem stuleci pochyły?
Na ileż wydarzeń, minionych miesiąców
Oblicza Twe dumne patrzyły...

Tyś widział udręki Pradziadów haniebnym
Mesjasza znamieniem zadane.
Tyś świadkiem był wojen w obronie wolności
I w pieczy swej miałeś kurhany.

W arkońskiej kącinie posągiem Ty byłeś,
Upadłym słowiańskim herosem.
Ze Zbrucza powstałeś, gdy kraj Ciebie czekał,
By jego kierować znów losem.

Dziś nikt nie podejdzie, by prosić o radę
Lub hołd Tobie złożyć, o Panie.
I święte Twe imię tak mało tu znaczy.
Umarłeś - a z Tobą wraz pamięć.

I milczysz zaklęty, kolejne godziny
Odmierzasz w prawieki wpatrzony,
Choć - zda się - grzmisz w ciszy, z ojcowską powagą,
Na ludzi tak bardzo zmienionych!

Więc co chcesz mi rzec, zapomniany, lecz dumny
Prastary słowiański idolu?
Dziś los w moich rękach spoczywa - to prawda!
Tyś głosem jest wiatru na polu...

17 luty 2001 r.

* * *



kiedyś zabraknie
autobusów
jadących w nieznane
świateł szarych miast
polskiej wódki
rozgrzewającej ciało
aż po koniuszki palców

zielonych łąk
na których
można się położyć
i wpatrywać się
w chmury
gdy nad głową
krążą bociany

zabraknie mi
moich wierszy
(choć ty będziesz może
czytać je bez końca -
lub też wyrzucisz
w Londynie
w czarnym plastikowym
worku
na wieczną
niepamięć)

kiedyś
nie będzie już
słychać
szumu drzew
przyjaciół
i płaczu nad beznadzieją
dni minionych

już w sumie niedługo
umrę
odejdę
narodzę się

20 grudnia 2001 r. - 13 stycznia 2015 r.

Mokosz



gdy umierają stalowe słupy
linii wysokiego napięcia
i rdzewieją na polach
dotykane jedynie przez deszcz
spoglądam
ku szarym horyzontom
miękkim bezkresom myśli
nieskończoności dziejów

matka ziemia
tańcząca taniec mocy
pachnąca wiatrem
i obietnicą przebudzenia

matka ziemia
stygnąca wraz ze mną

tak wyraźny
jest dzisiaj
jej zew

15 stycznia 2015 r.

Świątynie Ducha



Conocne naszych dróg olśnienia,
Wątłe ogniki w ciemnych dalach -
Oto, co życie nam odmienia,
Oto, co spać nam nie pozwala!

Ciemne rozstaje na tych drogach
Srebrny ozdabia sierp księżyca
I pyłem gwiazd, zapachem Boga
Nęci, uwodzi i zachwyca.

Gdy w końcu przyjdzie sen nad świtem,
Kalecząc ciszę dźwiękiem Słońca -
Ruszamy w chwiejne i rozmyte
Duchtynie, nie mające końca.

I kiedy całą mocą senną
Wkroczymy w ducha jasne progi,
Magiczna budzi nas codzienność,
Gdzie wieczna walka, my i Bogi.

15 stycznia 2015 r.

Przekleństwo




Daj sie poszarpać wichrom na wzgórzach,
Niech wznoszą Twoje włosy do chmur! -
Na wrzosowiskach, dzikich bezchmurzach,
W tragedii dolin, w pustkowiach gór!

Niechaj Cię Strzybog w kraje poniesie,
Gdzie jeno przeszłość, drwina i czerń!
Nowe się rodzi światło w niebiesiech! -
Odmrocze dziejów, gromowy cierń!

Lecz Ty na wieki będziesz się trwożyć -
Między pustotą a pięknem gór!
Niechaj Ci wicher smutki pomnoży!
Odejdź, gdzie upiór, mgła, stary bór...

16 stycznia 2015 r.

Jutrzenka



Budzą się z czasu czarne zegary
Na krańcach światów niewymyślonych.
Ciemnej materii czarcie konary
Drążą bezświatłem gwiezdne eony...
I choć nic nie jest takie jak wczoraj,
Lubię tę ciszę w nieba otworach,
Gdzie komet roje płoną i giną
Jak błędne ognie, co z wichrem płyną,
W żyłach Wszechświata, targając duszę
Odmroczem Bogów, niemotą wzruszeń,
By potem zniknąć na wieki.

Lecz jedna iskra, ta w Twoim oku,
Wzrasta nad niebyt, wstaje dziś z mroku,
Drwi, potężnieje, traci się w sobie
I znów wybucha na wspomnień grobie...
I choć nic jutro takie nie będzie,
Właśnie ją pragnę wziąć z sobą wszędzie
Tam, gdzie mi przyjdzie dumnie umierać
Wśród sztormów serca. Tak więc zabieram
Twojego ducha jasne westchnienie,
Zapamiętane wraz z pierwszym mgnieniem
Świtu, gdy mrużysz powieki.

11 luty 2015 r.

Smętek



Przez okno, hen z podwórza,
Gdzie szary deszcz zacina,
Wkradł się do mojej kuchni
I usiadł u komina.

Zdziwiony innym światem,
Ognia ciepłego mocą,
Owionął izbę lasem,
Zeswatał ciszę z nocą.

W ciemnych kątach jelenie,
Sowy w przypiecka mrokach
I Przodków długie cienie
Pod sufitem, w obłokach.

Iskry z bierwion na izbę
Słońca tarczą strzelają!
Dziadowie w mojej sieni
Obrządki odprawiają

I z dymem, z wonią lasu
Przez komin ulatują,
Na przestwór, na podwórze,
Gdzie szare wichry dują.

14 luty 2015 r.

Wiosna



Taki spokój panował tego dnia na polu...
Lekkie, białe obłoki na zachód pędziły.
Wiatr rozwiewał Ci włosy, deszcz rosił oblicze.
Wszystko było tak piękne i tak pełne siły!

Słońce w oczach Twych lśniło świeżością poranka.
Śmiałaś się do mnie ciszą, piękna Pani moja.
Świat zastygał w bezruchu. Moment był wiecznością.
Wędrowaliśmy duchem po gwiezdnych pokojach.

Czy pamiętasz? Tam szliśmy – w wiosenne oddale –
I wdychaliśmy wonność majowego kwiecia,
A nad nami bociany zakreślały kręgi.
Byłaś taka szczęśliwa i jakże kobieca!

Dojrzewaliśmy wtedy jako łany zboża
Do snów swoich wspaniałych i wzajem do siebie,
A w przestworzach ogrodów zakwitała wolność
I szerokim gościńcem lato szło po niebie.

Wokół mięta pachniała, szeptały strumienie.
W chłodnym cieniu siedliśmy sosnowego boru.
Gdzieś w dywanach jagodzin buszował rokita.
Świat rozbrzmiewał wszechwładnym zapachem kolorów.

I tak trwaliśmy wiecznie w świecie światłocienia,
Odkrywając przedwieczne tajemnice bytu.
Pięknie było... Pamiętasz? Więcej nic nie chciałaś.
Nie czekaliśmy wcale następnego świtu.

11 marca 2003 r.

Przebudzenie



Z przepastnego sklepienia najbliższego nieba,
Gdzie przejrzyste powietrze kłębi się i płonie,
Zeszła wiosna na ziemię w jedwabnej zasłonie
Mgieł porannych, błyszczących tajemnicą snu.

Budzi się w świętej ciszy przemarznięta gleba
I w słonecznych rozbłyskach coraz śmielej tonie.
Wstaje z mroków niebytu w widnej świata stronie
Jasne Boga oblicze - w bladych barwach lnu.

Majestatem i mocą światy wokół trwoży,
Wznosząc ponad horyzont boską swą potęgę
I w zadumie promienną odnawia przysięgę
Panowania i pieczy nad misterium dnia,

A w oddali las milknie w złotowłosej zorzy -
Ten pradawny, odwieczny - gdzie nasze kochanie,
Gdzie dwóch dusz nieśmiertelnych wieczne bytowanie.
Gdzie w jantarze żywicy nasza miłość trwa.

10 stycznia 2011 r.

Smętarz



Tak, smętarz ujrzałem,
Grobowców upiory,
Te twarze... te oczy...
To zdusze i zmory
      Wśród wichru wołały
      Na życie me marne,
      Lecz ja paść nie chciałem
      W ramiona ich czarne,
Więc poszły i znikły
Pod dębu konarem,
Lecz jeszcze powrócą
Po życia ofiarę
      I kirsen ogarnie
      Zmęczone me ciało,
      Lecz jeszcze nie pora...
      Wciąż życia mi mało.

marzec 2001 r.

Żertwa Poranna



Mój cichy Boże nienazwanej chwały,
Są w moim życiu chwile światłocienia,
Gdy, będąc ciałem w ziemskich świata sferach,
Duchem wzlatuję w odległe bezmiary
I zwiedzam sobą nieznane obszary,
Gdzie wszelka ludzka ułomność umiera.
Mój cichy Boże, Poezjo Istnienia,
W porannym słońcu sobą oniemiały!

Ty żyjesz w każdym kunszcie pajęczyny
I w każdym szepcie pośród chłodnej trawy,
Z każdej gałęzi tętniącego boru
Bije Twa Świętość w panteizmu toni.
Nie chcę ni jednej twarzy Twej uronić,
Żadnego dźwięku, smaku czy koloru.
Święte mi wszelkie Mocy Twej przejawy,
Witalna Siło, Duchu Praprzyczyny!

Wielbiciel życia, adorator Woli,
Boskich instynktów kierujących światem,
Żerzec pośrodku upadłych eonów,
Wojownik Świtu, piewca Nowej Ery -
Zwalczam mrokliwe umysłów bariery,
By głos się rozległ pradawnych demonów
I powróciło Imperium bogate,
Powstawszy z pyłu zaklętej niewoli!

6 stycznia 2003 r.

Eremitorium II


Pomiędzy dwiema chłodnymi nocami
Miotam stęsknione, zawistne spojrzenia.
Dawno nie śniłem o gwiazdach nad nami.
Dawno nie kochał mnie nikt prócz wspomnienia.

W otwory czasu schowałem swe życie.
Mieszkam w zamroczu kosmicznego cienia,
Gdzie już nie wierzę w niczyje przybycie...
Gdzie obserwuję jak wieczność się zmienia.

W tej wielkiej pustce na ustroniu świata
Błądzę po czarnych przeszłości komnatach,
Zawieszam gwiazdy na północnym niebie -
Wszystkie dla Ciebie.

Ty nie przychodzisz. Boisz się tej czerni,
W której Bogowie giną nieśmiertelni.
Choć je maluję, nie śnię już o gwiazdach
Tu, w głuszy gniazda.

23 lipca 2002 r. - 12 stycznia 2015 r.

Ananke


Chwyć moją dłoń. Pobiegniemy przez las.
Za każdym krzakiem czai się coś złego,
Lecz przecież nic nie rozdzieli dziś nas.

Chodź, nie bój się. To jest tylko szum gwiazd -
Piękny poemat Stwórcy przedwiecznego.
A może tylko tak przemija czas?

Dotyk i mrok. Patrzysz na mnie - zmieniona.
Poświst przeleciał gdzieś nad moją głową.
Już nie poznaję - to pustka czy Ty?

W dłoni mam piach. Twoje smukłe ramiona
Ciągną się w nicość - zmierzchliwie, morowo.
Śpiew komet w dali. Wspomnienia i mgły.

12 stycznia 2015 r.

Sirin


(z legend Rusi)

Ucisz się, ucisz, rozszalałe morze...
Oto i Sirin - z ludzką twarzą orzeł -
W czarnych odmętach składa swoje jaja
I snem skrzydlatym wody uspokaja.

Siedem dni ciszy pod widmem nieb głuchych.
Siedem topieli strojnych w jego puchy.
Wzbija do lotu swoje rajskie ciało.
A morze milczy... I będzie milczało.

Siódmego świtu pisklę się wykluje
I dzikim piskiem przestworza przekłuje.
Ktokolwiek z ludzi jego głos usłyszy,
Ten już na zawsze pogrąży się w ciszy.

Zapomni pragnień, z niepamięcią zbrata,
Kto śpiew usłyszy mknący z jego świata.
Piękny, lecz groźny ptak ten jest wspaniały.
Lśni dziwnym światłem żywioł oniemiały.

13 października 2004 r.

Czarnobog



Niedolśnienia, chmury, czarty, wiatrołomy...
Smugi leśnych świateł malują mój grób.

Tam, gdzie napowietrznych wszechświatów załomy,
Czarnobog wyrzeźbił głośny mocy słup
I krzyczy niebytem w zmierzchliwe przestrzenie!

Właśniem zoczył Stwórcę! Czyżby nagle zgasł?
Pewnie odszedł w Słońca bezdźwięczne promienie.
Niespełniona wieczność, niewyśniony czas...

Biegnę tam, gdzie świerki mierzą się z chmurami,
Ostatniego ciepła goniąc lekkie sny...

Czemu mnie dotykasz gwiezdnymi słowami,
Gdy właśnie Twe słowa nicością są mi?

19 grudnia 2014 r.

Rodzima Wiara



Hej, uparte my pogany, mimo lat tysiąca zgoła:
Wierzym w Marzę Czarnolicą! Swaróg Bóg nam i Nijoła!
W naszych domach wciąż kołacze, miody, plony i pisanki -
I na Dziady jasne znicze, i na Noc Kupały wianki!

Słońcewroty, kołomiry, swargi, bukwy, Słońcestania,
I drewniane nasze świątki z duszy możesz nam wyganiać - 
Nic nie wskórasz! Nie zostawim, nie odejdziem od swej wiary!
Płonie, płonie w sercach ogień! Żyje, żyje ród nasz stary!

Iście godne my dziedzice przeszłych lat, zburzonych chramów!
Nasza wiara - świat dokoła: cisza bagien i kurhanów,
Lasu szum i zapach wspomnień w życia ostatniej godzinie.
Nie wypędzisz z nas pamięci! Nigdy Słowian ród nie zginie!

16 grudnia 2014 r.

Niepewność



Wierzysz, że mój sen zamieszkał dale,
Że w błękitnych głębiach mocą lśni...
Lecz być może nie śnię, Pani, wcale
I to Ty na moje miejsce śnisz?

Może wszystkie sny, które spisuję,
Nie są mojej duszy barwnym tłem,
Tylko mnie nachodzą, gdy kreuję
To, co już od dawna jest Twym snem?

Może jestem tylko nikłym blaskiem
Na głębokich wodach Twoich snów
I nie moje są te słowa wszystkie,
Bo nie mówię nic prócz Twoich słów?

23 lipca 2002 r.

Przebudzenie



Śniłem rozdroża losu, bezkresy tęsknoty,
Tragiczną, nieuchronną grozę niekochania,
Śniłem królestwa bólu, powrósła niemoty,
A skryte twarze Boga Wszechświat mi przesłaniał.

Śniłem samego siebie skłóconego z życiem
I krzyk, co w szare dale płynął bez imienia -
I czas, co nogi głaszcząc, przemykał gdzieś skrycie,
Gdy mroczne myśli Boga Żywioł mi zacieniał.

Mój sen nie dostał szansy, by się w jawę zmienić,
Bo zbudził mnie ktoś wczesną godziną świtania -
Błądziłem więc stopami pośród martwych cieni
Mchów jesiennego lasu, co Bóstwo zasłaniał.

Aż w końcu zrozumiałem. W nowy sen zbudzony,
Co jawą nader jasną zagrodził mi drogę,
Wzrok swój wbiłem - jak sztylet - w cztery świata strony,
W milczące ciało lasu. Przebóg! On był Bogiem!

23 listopada 2014 r.

Przedwiośnie w Tatrach



Po Goryczkowej Czubie i ciemnych kłębach chmur
Pradawne gnają lęki i groza wiecznych gór.
Słońce im mgieł korony z rogatych strąca łbów,
A one gnają, gnają... w zamrocza górskich snów.

Przede mną panorama milczących czarnych Tatr,
Gdzie tylko w turnie duje osamotniony wiatr.
Klękam w milczącym jarze, ręką odganiam mgłę,
Na starą wiarę Ojców mocno się w duchu klnę

I wbijam w twardą ziemię złoty solarny krzyż!
- Zbudźcie się, Bogi Wiosny, rozbijcie zimy spiż!
Piorunem, ogniem, mocą spalcie Marzanny sny!
I strąćcie w otchłań światła, w niepamięć leśnej mgły!

Granitów ciemne grzywy czesze lodowy wiatr.
W martwej krainie śniegu tonie tatrzański świat.
Na szarej tafli wody skrzą się tańczące kry.
Idzie nasz kres, Marzanno. Spłoniemy. Ja i Ty.

Zakopane 2002 r. - Greenhithe 2014 r.

Zmierzchanie



Półmrok i cisza. Zapalone świece -
Nikłe pochodnie na mym fortepianie.
Nigdzie już dzisiaj duchem nie odlecę.
Tego wieczoru nic się już nie stanie.

Zegar na ścianie przetkanej błyskami
Odmierza godzin niewymowną trwogę.
Zapach kadzidła siłuje się z drzwiami
I mgłą zawisa między mną a Bogiem.

Bóg dumnie milczy. Swoje cztery twarze
Zaklina w popiół nadchodzącej nocy.
Nic się już dzisiaj tutaj nie wydarzy.
Znikąd zbawienia i znikąd pomocy.

18 listopada 2014 r.

Wierzę



Wierzę w ciche, odległe gwiazd srebrnych wieżyce,
W trójistnienie, trójjawność wszelkich boskich praw,
W złydnie chmarne, ciemnogie, w chwary i księżyce,
W niezmierzone, odwieczne bóstwo szumnych traw.

Wierzę w pól wiekuistych tajemnicze trwanie
I w poranne bezkresy mokrej leśnej mgły,
W Słońca wratne w niebiesiech Kołozmartwychwstanie,
W bliskość myśli człowieczych, w mroczne nawne sny.

W swarogowe oblicza, Marzannę i Lela,
W śmierci pewne nadejście i wędrówkę dusz,
W dobry gest, co oblicze starca rozwesela,
W tajemnicę zjawioną, w świętość letnich burz.

W mądrość Ojca i Matki ciepło miękkiej dłoni,
W wolę przemian i losu nieuchronny jaw.
Wierzę w świętą, głęboką ciszę wodnych toni
I w odwieczne, wszechmocne bóstwo szumnych traw.

17 listopada 2014 r.


* * *



nie dbam
o tak błahe rzeczy
jak bóg
wieczność
czy sens istnienia

dla mnie
liczy się to
co naprawdę ważne

chwila
smak
dotyk
kropla deszczu


2002 r.

* * *



łza cieknie po twarzy
bo tyle się nie spełniło
tyle zaprzepaściło
tyle pominęło

w nierównej walce
ja kontra universum
zaczynam poznawać
i uczyć się
siebie

nierdzewny
nieujarzmiony
niepokonany

niespokojny
niezaspokojony
niewolnik

aż do śmierci


10 grudnia 2002 r.

* * *

Spójrz, jak stoję
nad urwistym brzegiem oceanu,
otulony ciemnościami wieczoru,
zraniony śpiewem mew,
stopiony z krzykiem wszechświata,
gotowy, by skoczyć
i utonąć w odmętach
Twoich nieposkromionych snów.

Zobacz, jak jedna po drugiej
zapalam gwiazdy
na czerwcowym niebie
i polarną zorzą maluję
pejzaże nowych,
nieznanych terytoriów.

Gdy noc, zazdrosna czarodziejka,
zakłada na moje ramiona
płaszcz ciszy,
ja wybiegam myślami
ku odległym horyzontom,
gdzie słońce ozdabia zieleń drzew
złotą wstęgą nadziei.

Tak wyraźnie widzę Twoją twarz,
jakbyś nigdy nie odeszła.
Śmiejesz się do mnie
magicznym płomieniem pożądania
i pośród zbłąkanych huraganów
wymawiasz moje
zapomniane imię.

Tak Cię kocham,
jakbym umiał robić
tylko to jedno.

Spójrz jak stoję nad
brzegiem ryczącej
otchłani.

Spójrz, jak dla Ciebie
umieram.


10 czerwca 2003 r.

Grom



Twoje to były ziemie, Twoje lustra wody,
Boże w gromie jedyny, Wszechwładco Przyrody.
Tyś rozszczepiał niebiosa swoim groźnym okiem,
Ty mieszkałeś w zamykach nad czarnym obłokiem

I przed Twoją gromnością drżały ludzkie sioła.
Tyś z niebytu toporem istnienie wywołał
W czasach przed świtem wielkim ludzkiego plemienia.
To Ty światło wyniosłeś z pierwotnego cienia

I zesłałeś nam ogień, święty Władco Nieba.
Dar słoneczny nam dałeś pszenicznego chleba.
Przenikałeś swym blaskiem człowieczego ducha,
A gdy doń przemawiałeś - człowiek Ciebie słuchał!

Grzmisz w granatach oddali, a ludzie niewierni
Prądem Cię nazywają, pogrążeni w czerni
Bezrozumnych urojeń dzisiejszego świata.
Ile jeszcze trwać będzie ta w gusłach zatrata?

11 października 2002 r.

Bogini Nieodgadnionej



Wstałem z martwych, znęcony pieszczot obietnicą,
Chwil odległych bezkształtem, rozumnym milczeniem,
Twoich włosów pachnących na mej twarzy cieniem.
Twoich oczu gwiaździstą w mroku błyskawicą.

W cieniu krypty zbudzony, w cienistym kurhanie,
Raz już chyba ostatni chcę chłonąć wszechświaty,
Chcę się poić księżyca złudzeniem rogatym
I podążać za Tobą w jasne cudotrwanie!

Nie znam Cię, lecz przeczuwam miękkich ust spotkanie,
Gdy przez drzwi uchylone w moją wnikasz duszę.
Łado! Czuję, że płonę i kochać Cię muszę
Właśnie teraz, gdy w senne zapadasz czuwanie,

Lecz nie umiem odgadnąć Twoich krętych ścieżek,
Gdzie wieczorne półcienie wśród sosen igrają
Z sznurem świateł rozpiętym nad krzykliwą zgrają
Dzikich duchów - i lasu wilgotnym obrzeżem.

Więc Cię szukam pośpiesznie w zakamarkach jaźni,
Gdzie się zjawiasz, by zaraz w mgieł odejść krainy.
Późno wstałem. Choć długie minęły godziny,
Wiem, że jesteś czymś więcej niż grą wyobraźni.


5 września 2014 r.




Dębowy Król


Święty Perunicu
Z drzewa wyrzezany,
Przecz tak cudnie patrzysz
Na świat malowany?
Przecz swym wąsem świetlisz
Dni pachnące latem?
Czyżbyś jeszcze władał
Nieświadomym światem?

Toć mi powiedzieli,
Żeś jeno wspomnieniem,
Że dawno odszedłeś
W zapomnienia cienie,
A Ty mi wyrastasz
Pomiędzy dębami,
Jakbyś wiecznie mieszkał
Tu, pomiędzy nami...

Tysiąc lat minęło,
A żywe Twe imię,
Oczy skry ciskają
W błyskawic zadymie.
Znów powraca wiara
Gromowych księżyców.
Pierwszy miecz podnoszę,
Boski Perunicu!

20 maja 2002 r.





Hej, kolibej, kolibej

(kolęda podhalańska)


Hej, kolibej, kolibej, kolebecko dębowa!
Niek k’nam przidzie wiecorem nawny duszny świat!
Boże światło sié rodzi w mrocnyk nieba osnowak,
Świéntom gędźbom rozbrzmiéwa mlecnej drogi trakt!

Hej, kolibej, kolibej, kolebecko drewniano!
Niek i do nas zawito gość z odległyk stron!
Hej, puścimy turonia po koléndzie do rana!
Niek sié darzy w zagrodzie, pole da nam plon!

Hej, rogaty Wołosie, Panie bydła wselkiego,
Co po lasak sié włócys w ksiénżycowom noc,
Niek na stole rok cały nam nie zbraknie nicego
I ostanie sié z nami Twoja świénta moc!

A kie przídzie na niebo jasno gwiazda godowa,
Przi wiecerzy zasióndziem, carów przídzie cas!
Hej, kolibej, kolibej, kolebecko dębowa!
Nowy rocek k’nam bieży! Nowe światło w nas!

Niklot


Krwawo dziś wstało Słońce nad Dubinem.
Klucze żurawi wędrują na wschód.
Wiosna przynosi zapach nagłej śmierci.
Topnieje chwała. Z nią topnieje lód.

Wojska krzyżowe, gdzie o wolność walczą
Słowiany dumne jak pomorski gryf,
Niosą religię męki i poddaństwa
W krainę borów i bałtyckiej mgły.

Już się w szyszaku pochodnia przegląda,
Ta, która spali dawnych Bogów świat.
Dzisiaj zapłonie Skwierzyn, Iłów, Mechlin!
Odejdzie w ogniu duma setek lat!

A krwawe Słońce nad dymy się wzniesie,
Straszliwej żertwy w światy niosąc krzyk.
W krzyku tym, w zgiełku bitwy - jedno słowo,
Jedno przesłanie ujrzy nowy świt!

Gdzie śmierć mnie czeka, gdzie moje spełnienie,
Przyjmie mnie Orle jak rodzinny dom,
A za lat tysiąc ktoś wspomni me imię.
Dziś umrze człowiek, co zawierzył snom.

3 czerwca 2013 r.

Zemsta






















W odwiecznej, ciemnej pradolinie zdobionej jesienią,
Gdzie słońca żar kamiennych bogów ledwie światłem sięga,
Wśród mchów i mgieł i rzek urwistych, co w biegu się pienią
I milkną, rażone niemocą - rodzi się Potęga.

Tam, gdzie najświętsza świętość mrocznych borów w świat się szerzy,
A napowietrzne chały szyją niebios chmurne szaty,
Rodzi się On z niebytu nocy, z milionów pacierzy -
Dziedzic na tronie gwiazd wszelakich, Świętowit bogaty!

I gniewnie cztery swoje lica ciska w martwe kraje,
Co zatraciły pamięć o Nim i Królestwie Jego!
O, jakże długo trwa ten sen, co jawą się wydaje!
Spójrz, świecie, na swojego Pana, z dawna czekanego!

Bo oto powstał z hańby dziejów dumny Biały Orzeł,
Ten Czterolicy, ostropióry, dziki Grom pogański,
A zemsta będzie Jego znakiem, piorun Jego nożem,
Tym, co rozetnie ciemność Kłamstwa w kraju nadwiślańskim!

Ziemio-Mateńko, udręczona zdradą i poddaństwem,
Ty, co już miałaś nie żyć, a kwitniesz uparcie!
Wraca Twój duch w słowiańskie serca. Będziesz wielkim Państwem!
A tych, co zdradzić Ciebie śmieli - krukom na pożarcie!

23 września 2013 r.


(autor obrazka nieznany)

Bezdech


Drewniany sen, białe mgły, czarna rzeka.
Smutek wędruje od chaty do chaty.
Jak makiem zasiał. I pies nie ujada.
Milczący wiatr - jak ten duch rosochaty.

Wierzba nad rzeką płynącą ospale
Ciężar pochyla swojego żywota.
Kolejny bóg tam odchodzi w niepamięć.
Kolejny wszechświat wystaje zza płota.

Jasno i zwiewnie, ciężko i ponuro.
Grom - ten, co nie ma dźwięku ani mocy,
Rozświetla wsi zamazane obrzeża.
Pęd. Jedwabistość. Miękki dotyk nocy.

I - pośród ułud dzikiego półmroku -
Głos nagle słyszę, jakichś jęków splot.
Nie. To nie jęki. To odległe gwiazdy
Sączą się w sioło przez zmurszały płot.


9 czerwca 2013 r.

Ohnien



Gdzie szumny bór i ciemna noc,
Posępny gniew pradawnych lat,
Tam Ohnien swą roznieca moc
I dziki żal wysyła w świat.
I pełga zemstą młody Bóg,
I błyska ponad tonie,
Wieczysty krzyżochrysta wróg
W splecionej z mgieł koronie.

Płomień wśród dawnych gorze snów,

Przerwanych baśni wczesnych dni
I sławski mit ożywa znów,
Bo jeszcze wiara się w nim tli!
Powstanie z prochów dawna moc
Nieśmiertelności pełnią
I jasny blask rozświetli noc,
Gdy wieki się wypełnią!

Rozlegnie się znienacka grzmot,

Perunów dzikość niosąc w dal!
I runie w dół pogański Młot,
I wzburzy furię morskich fal!
A On przywdzieje gwiezdną twarz,
Rozepnie skrzydła swoje
I będzie pełnić boską straż
Nad ludzkich dusz spokojem.

11 marca 2003 r.

Moja Wiara


Moja wiara - las wielki żywicą pachnący,
Wianki kwietne splecione na dziewczęcych skroniach.
Moja wiara to piękno Święta Równonocy,
Niezmierzoność Wszechświata, taniec mgieł na błoniach.

Moja duma - śpiew dziecka w polskiej brzmiący mowie,
Mogił srogie milczenie i Praojców czyny.
Moja siła - blask Słońca, słowiańska zadruga.
Moje serce - krwawiąca czerwień jarzębiny.

Moje życie - to walka, to zakorzenienie,
To tęsknota za krajem znanym z legend starych,
To cieknący przez palce bezlitosny czas.

Mój testament - moc słowa, chwilowość, wieczystość,
Pomruk burzy niosący się przez ciemne jary
I pachnący żywicą, nieskończony las.

2002 r. - 20 września 2012 r.

Wspomnienie


To była jesień. Światło księżyca
Blado świeciło nad budynkami.
W miejskiej zadumie ulic pijanych
Postać ujrzałem w ciemność odzianą.

I poraziła mnie swoją czernią,
Stojąc w milczeniu ponad zniczami.
Demon intrygi popchnął mnie ku niej
I naglem przed jej obliczem stanął.

Krótka się zdała nasza rozmowa,
Z której, jak rybak z wielkiej topieli,
Każdy ton głosu jej wyławiałem,
Gdy urok chwili płonił me lica.

Boskie jej rysy spamiętać chciałem,
Lecz los okrutny wnet nas rozdzielił.
Zostało tylko mgliste wspomnienie
Jesiennej schadzki w świetle księżyca.

28 czerwca 2001 r.

Stworz


Znajdziesz mnie w wietrze i snów krainach,
W łzach księżycowych, w szmerach potoków,
Na górskich graniach, w mrocznych dolinach...
          Szukaj mnie w barwach złotej jesieni -
          Chłonę tam antyk długich eonów.
          Znajdziesz mnie jutro... Znajdziesz mnie wtedy...
Nic mnie z ziemicy nie wykorzeni,
W której magiczna krew wciąż pulsuje,
A echo legend wiarą oddycha!
          Szukaj mnie, skoro wciąż poszukujesz,
          Pośród wersetów ksiąg tajemniczych.
          Lub pod śniegami mroźnej Północy,
          Gdzie tylko jasna myśl przetrwać zdoła.
          W kręgach kamiennych, w źródłach wszechmocy,
          W tajemnych światłach ogni zwodniczych.
Jeszcze mnie szukasz? To bezcelowe!
Ja mieszkam wszędzie - nigdzie zarazem!
Tłoczę w umysły idee nowe,
Stojąc na straży skarbów przeszłości.
          Oto perfidia jest i ironia
          Mojego bytu ponad wymiary:
          Jam jest cierpienie, płacz i agonia,
          Posłańcem będąc Bogów miłości!
Znajdziesz mnie w wietrze, w szmerach potoków,
Łzach księżycowych, sennych krainach,
W majestatycznych kłębach obłoków.
          Szukaj mnie. Z wolna zmierzch się zaczyna....


30 maja 2001 r.

Zaklęcie


W półświetle mlecznej mgły, na skraju lasu,
Zamieszkał polny duch z pradawnych czasów
I w starej wierzbie uwił sobie gniazdo,
By przypatrywać się po nocach gwiazdom,
By zwodzić ludzi na głuche manowce
I polnych wiatrów ujeżdżać wierzchowce.

Wybrało się do lasu dziewczę młode,
By przedjesiennym napawać się chłodem,
By uwić sobie z kaliny koronę
I w nią powplatać sny niedoścignione.
Jak pomyślała, tak snadnie zrobiła:
Leśną koronę naprędce uwiła.

Zakochał diablik się w jej zwinnych dłoniach
I jako młodzian zjawił się na błoniach.
- Piękne ukryłaś sny w koronie swojej!
Boisz się, dziewko? - Nie, wcale nie boję!
Dzięki Ci, Panie, za Twe dobre słowa!
Dawno już byłam pokochać gotowa!

Od tamtej pory, na obrzeżach lasu,
Tańczą dwa cienie pośród mgieł atłasów,
Gwiazd wypatrując na północnym niebie
I wodząc wzrokiem po stygnącej glebie.
Razem w cienistej dziupli sobie żyją
I snów korony w leśnych gęstwach wiją.

15 maja 2002 r.



Pogorzeliska


Kiedy się wsłuchasz w mgieł wilgotne pieśni,
Stojąc samotnie pośród pogorzelisk,
Pustka bezludzia otworzy Ci oczy
I zapomnianą wizję Ci rozścieli
Czasów płonących jękiem niepamięci,
Ludzi tak bliskich, a tak oddalonych,
Miejsc legendarnych, pełnych wielkiej sławy,
Wierzeń tak swojskich... i tak rozgromionych.

Spłonęła niegdyś duma naszych krain,
Gdzieś się zapodział Duch, co Sławią władał!
Na cztery strony przegoniono honor...
Słuchaj, co Matka Ziemia opowiada!
Czemu, Polaku, niebiosów nie wzywasz,
Nie pragniesz zemsty za ich niecne czyny,
Obcemu bogu wystawiasz ołtarze,
Nie szukasz Sensu, nie łakniesz Przyczyny?

Ja w pogorzelisk dymiącej pomroce
Znalazłem siłę. Nie umrą Słowianie!
Kreśląc na niebie znak czteroramienny,
Natchnąłęm dziełem życie i konanie!
W płomiennym kręgu na osi Wszechświata
Walkę przysięgłem podłym czarnożercom:
Albo okryję się wszechwieczną chwałą,
Albo ich kłamstwa wieczność mą uśmiercą!

6 maja 2002 r.

Przed Północą


tkwimy w jednym punkcie
na skrzydłach czasu
pchnięci w rzeczywistość
którą nie do końca rozumiemy

związani ze sobą człowieczeństwem
toniemy w ciemności i ciszy
nie prosząc o nic
prócz prawa do wolności

śmierć nam w oczy zagląda
w każdej naszej chwili najmniejszej
a rozczarowanie ze snów nas rozbiera

cień w naszych głębiach zalega
i światłość w nas się wzmaga
nieskalanym strumieniem wszechmocy
a wszystko po to
by odnaleźć
swój instynkt

ktoś płacze
bo stracił dziś tożsamość
ktoś się wpatruje w oblicze gwiazd
bo nagle coś znalazł
w coś uwierzył

tak wygląda świat
za dwadzieścia dwunasta

2 grudnia 2002 r.


Dziwożona


Wyszła z wody - jej piersi
Obwisłe do kolan.
Włos jej długi i czarny
Święty złocił świt.

Wyszedł Jaśko z chałupy
Hen, na szare pola.
Gdzieś za dróżki zakrętem
To przepadł, to znikł.

Ona za nim. Dopadła
Go lubieżnym wzrokiem.
On - nieświadom niczego
Na piszczałce grał.

Wtem coś pyłem się wzbiło,
Coś śmignęło bokiem!
I już demon-paskuda
Przed Jasieńkiem stał.

Ślipia czarne, zapadłe,
Wielka, wstrętna głowa,
Dłonie długie, płetwiaste
I oślizła płeć.

Wsiadło dziwo na Jaśka
I mu prawi słowa,
Że ją pragnąć powinien,
Że ją musi chcieć.

I tak długo gadała
We chciwych podskokach,
Że biedaka zastała
Polno-wodna śmierć.

Leży człowiek nieżywy
W kurzawy obłokach.
Obok niego piszczałka
Złamana na ćwierć.

30 lipca 2002 r.


Jaryło


Jedzie Jaryło na koniu - na wietrze, w zieleni traw,
A nad nim wojtki wracają do gniazd,
A za nim białe kwitną przebiśniegi.
Śnieg w wartkie rzeki przemienia
Słońca wiosenną mocą,
Topór wszechwładny, piorun, 
W jasnej dzierżąc dłoni.

Jedzie Jaryło na chmurze - powietrznie, w zapachu łąk.
Drewniane sioła maluje brzozą,
Świeżością pokrzyw, podbiałem, krwawnikiem,
Świątki rozstajne ozdabia
Dymem godowej żertwy,
Niebo błękitne, dadźboże,
W los wplatając świata.

Witaj, Jaryło-Jaruno,
Z dawna czekany Promieniu.
Wianki na głowę Ci kładziem,
Miodu do ognia lejem
W ten święty, potężny czas.

Pola zdobione gwiazdą ziarnopłonu
Niech nam jarzyną obrodzą,
Życie niech przyniosą,
W Marzanny kwitnąc cieniu wiekuistym.

24 marca 2013 r.


O Dębie i Róży

Przychodzisz w ciszy. Z wszystkich mych objawień
Tyś najprawdziwsza, bo kochasz milczeniem.
Światło bursztynu bije z Twoich oczu
I starożytne rzymskich Bogów cienie.


Kwiecie wyrosły na łąkach wysokich,
Tobie niestraszne deszcze, furia burzy!
Jam jest jak dąb, Ty - spowita w ciemności -
Podobna jesteś pięknej, czarnej róży.


Nad nami obłok czasu się przesuwa.
W dolinie chłodem wiatr ozdabia drzewa.
Trwamy we dwoje w miękkiej, białej mgle.


Światy znikają, gwiazdy pędzą w nicość,
Już nocą pachnie twarda górska gleba.
Zapadam w Ciebie. Ty oplatasz mnie.


20 września 2012 r.

Groza

- Która godzina? - Wpół do śmierci.
Mor się przyczaił obok płota.
Tuż przed południem, w czarnym słońcu -
Klątwy, zaświaty i duchota.


Na niebach napowietrzne wiły
Tańczą niebytny taniec mocy.
Trawy się gną ku suchej ziemi.
Tuż przed południem - pełnia nocy.


Jaki dziś dzień? Ostatni przecie.
Sekundy drążą skałę życia.
W samo południe, w świętą porę,
Nic już nie będzie do ukrycia.


Gaśnie świat cały, barwy, kształty,
Twarz czarny wicher z pól omiata.
Nie ma już życia, nie ma śmierci.
Nie ma niknięcia, nie ma świata.


Stone, 17 sierpnia 2012 r.

Dola

Usiądź ze mną przy stole pachnącym lasami.
Jasną świecę zapalę. Mary czmychną w kąt.
Często tak siedzieliśmy. Pamiętasz? Czasami
Czuję, jakbyś w ogóle nie odeszła stąd.


Złoty miód w dwa drewniane nalewam kielichy.
Wypij ze mną, jak wtedy, za pomyślność dni!
Tyś cudowna, zmęczona. Ja - smutny i lichy.
Kto mi Ciebie odebrał? Kto zamglił mi sny?


Jakie piękne masz oczy... W nich się przeglądałem!
Pamiętałem ten słońca w Twoich oczach blask!
Gdzieś odeszłaś. Ja także wspomnieniem się stałem.
Usiądź ze mną. Już nie ma - ni Ciebie, ni nas...


Greenhithe, 17 maja 2012 r.

Atma

Ty, bezimienna i głucha, nigdy nie nazwana,
Oblana złotem przedświtu wśród ostępów mroku,
Smolista taflo jeziora, trwająca w milczeniu,
Spójrz jak ja w Ciebie spoglądam, jak umieram wokół!


Zobacz, jak życie zszargane wieszam na gałęziach,
Sterczących ze sztywnych sosen, zastygłych w bezruchu,
Jak krwią swą znaczę kamienie otulone wichrem,
Jak, nie zaznawszy istnienia, przepadam bez słuchu!


I niechaj nigdy, przenigdy, ludzkość się nie dowie,
Kim byłem... albo kim będę, gdy snem się otulę
I w gwiazd zimowych oblicza zaglądnę niemotą,
Żarliwym snów niespełnieniem, potęgą i bólem!


Dziś strach ma imię północy, które ja przywdziewam
Wbrew sobie i zgodnie z sobą, przeciw przemijaniu.
W cztery kierunki Wszechświata bezwiednie wędruję,
Łowiąc pajęcze chwil mary w ziemskim bytowaniu.


Milczących wód czarna grozo, słońcem podsycana,
Żywicznej pieśni bożyszcze, zamarłe w świętości,
Spójrz jak umieram, jak płonę, jak wnikam w dywany
Tych jagód, co dziś wyrosły na grobie miłości.


Greenhithe, 10 maja 2012 r.

* * *



















Już tylko ciemna noc
Dzieli nas od świtu,
Już tylko gęsty mrok
Przesłania nam majestat
Złotowłosej zorzy...


Zagłębiam swe dłonie
W czarnej ziemi
I krwawię...


Nade mną Ty pochylona
Nie pozwalasz mi zamknąć oczu,
Jak gwiezdny łabędź
Otulasz me sny nadzieją


I tak odchodzimy
Wraz ze śpiewem
Milczących łąk...


20 maja 2004 r.

Biesy i Czady

Piękno tej dzikiej krainy na zawsze w Tobie zostanie.
Tutaj przyjechać z daleka możesz jedynie raz.
Potem już tylko powracasz - i to magiczne wracanie
Nadaje sens twemu życiu, stroi je w urok i blask.


Jesień wśród ciszy połonin jest jak wspomnienie miłości -
Tej najprawdziwszej, jedynej - straconej w zamroczu mgły.
Tutaj wędrując przez życie dotrzesz do pięknej starości,
Gdzie istnieć będą jedynie święte te góry - i Ty.


Pradawnych dni głuche echa i krew o pomstę krzycząca
Toną w świetlistych rozblaskach, gdzie biesów tańcuje rój.
Oto powietrzna, przestrzenna kraina boskiego Słońca,
Gdzie czadów śpiew wiekopomny jest wiecznie niczyj, choć Twój.


13 luty 2012 r.

Gromnica

Chatka z drewna, mchu i światła. Dzika noc. Prastary bór.
Wicher wyje, śmierć się niesie. Czarno, chmurno, księżycowo.
Mgielny tuman nawałnicy pędzi od strzelistych gór.
Grzmi i huczy groźnie ziemia. Lasy nucą pieśń gromową.


Ciemny strumień rwie się, mąci, drzew korony idą w tan.
Głuchy dźwięk przeszywa niebo: zstąpił Perun w błyskawicy!
Nyja płynie poprzez światy, zboża gnąc srebrzysty łan.
Przeszłość ginie, czas przemija w zatraceniu czworolicym!


Mszczą się Bogi za niepamięć, za niewiarę setek lat.
W oknie płonie już gromnica, słychać śpieszne wróżb zmawianie.
Tylko wierne dzieci Lechii z bożym światłem pójdą w świat.
Tylko chatka z mchu i mocy oszczędzona pozostanie.


13 luty 2012 r.

Świątynia Ducha Gór

















Jeden raz tylko wystarczy spojrzeć na Złotym Widoku
Na białych mgieł szaty jedwabne kładące się po górach,
By poczuć ten krzyk milczący czasów, które już nie wrócą,
By ogarnąć Karkonosze miłością ich Króla, Rzepióra.


On to, ze swego Królestwa wygnany przez podłych ludzi,
Siedział tu, ostatkiem mocy błogosławiąc tarczę Słońca.
Tu, ostatnie łzy wylawszy, poprzysiągł w śmierć się obudzić.
Albowiem nigdy nie było i nigdy nie będzie końca!


Jego Kościół tu rozkwitnie, gdzie Olbrzymów szare szczyty!
W każdej sosny smutną pieśń On wcieli się duchem wszechmocnym!
Jego światłem błyszczeć będą ametysty, malachity
I zaklęte w złocie Słońce. I Księżyc w szaleństwie nocnym!


Czasem Go można zobaczyć, jak kroczy koźlim kopytem
Po rozpadliskach gór, które tak ukochał w dawnych czasach.
Szumią o Nim górskich wód strumienie, w legendy okryte,
A pamięć haniebnej śmierci wiecznie niesie się po lasach.


13 luty 2012 r.

* * *

Śniłaś mi się dzisiaj. Piękny sen!
Plotłem Twoich włosów złoty len.
W okno nam zaglądał wieczny las.
Dzień w spokoju zorzy z wolna gasł.


Śniłaś mi się! Jeszcze w myślach tkwi
Głos Twój - jak wspomnienie dawnych dni.
Teraz mi pozostał tylko żal.
Znów ten las... i ścieżka w mroczną dal.


Greenhithe, 11 luty 2012 r.

Jesień w Dolinie Jezierzycy


















Smutek się zakradł między olchy i jesiony.
Szarość i zadumanie zaległy w dolinie.
Milczą sylwetki dębów we mgły otulone.
Milczą spokojne wody - dawnych ech świątynie.


Świt dziś nie nadszedł. Półmrok włóczy się po lesie,
Wilgotne krzewy jagód sennie przeczesując,
A z nim w powietrzach zimnych dzika pieśń się niesie,
Tam dokąd tylko wiedźmy-ptaki odlatują


I nikt nie pozna nigdy ani się nie dowie,
Co kryją pozłacane liściaste kurhany.
To uroczysko Wrzosy - pogańskie błędowie,
Miejsce, gdzie czas się zgubił w śnie zaczarowanym.


Leicester, 15 listopada 2006 r.

Płanetnik


W oparach dymu, przesłonięty mrokiem,
Oszołomiony czarnych słońc niebytem,
Krzyczałem z wiatrem nad ciemnym obłokiem,
Wietrząc wszechświaty przede mną ukryte.


Ja - wodny demon, pogromca ażdachów,
Odwieczny władca ponad chmur bezmiarem,
Krzyczałem światłem na wszechświata dachu,
Karmiąc się wody błyskotliwym czarem.


Potem zstąpiłem pomiędzy dąbrowy,
W szarości deszczu rzeźbiąc imię swoje.
Wskrzesiłem zapach rzeźwiącej odnowy,
Skłębionej ponad wiejskich chat spokojem.


Mgłę zawiesiłem pomiędzy polami,
Plotąc w niej nici pochmurnego Boga.
Orałem ziemię wodnymi pługami,
Kładłem kałuże na błotnistych drogach,


A kiedy niebo przeciął sztylet słońca
I zniszczył burzę żarliwym żywiołem,
Czekając w ciszy mego dzieła końca,
W ciepłym powietrzu powoli zniknąłem.


16 lipca 2004 r.


Chochoły

Zaklęte w polnej ciszy, sobą omamione
Stoją, niemą modlitwę do Słońca zmawiając.
Wicher otula chłodem dusze ich uśpione,
A one - nieświadome, ale dumne - trwają.

Twarze ich kurz, pędzący z dzikich pól, omiata,
Niosąc im nieuchronną obietnicę nocy.
Stoją - niczym menhiry z pradawnego świata,
Pławiąc się w mgłach wieczornych, tętniąc wolą mocy!

I nie wie nikt, kto spojrzy przypadkiem w ich stronę
Jaka tam wiara płonie w ich bezistnych trzewiach!
Jedynie Słońce czuje te sny nie wyśnione,
Widzi i błogosławi istnienia zarzewia.

A one w uwielbieniu pradawnym, szamańskim,
Zwracają swoje twarze ku gasnącej zorzy
I nie wie nikt, kto spojrzy na ten krąg pogański,
Jaka tam wola życia z nicości się tworzy!

21 grudnia 2010 r.

Wola Przetrwania

Pruski lesie, ogrzany słońca kołowrotem,
Gdzie Galindów pradawna jeszcze pieśń pobrzmiewa,
Ty, co w barciach brzęczących spływasz miodu złotem,
Tam, gdzie krew wojowników piły ongiś drzewa,


Matko Ziemio, gdzie mowa Prusów jeszcze żywie,
Choć ją ogniem i stalą jak las wycinano -
Dajcie siłę żyjącym trwać na świata niwie,
Dajcie pamięć i spokój milczącym kurhanom!


O wszechwładny Perkunie, chrobry władco gromu!
Ty co roku na wiosnę burzysz się nad polem,
Ty nam wszelki dostatek niesiesz w progi domu,
Błyskawicy srebrzystym pługiem orząc rolę!


Zwól nam w światy zanosić jaćwieskie przesłanie
O pragnieniu przetrwania, trwalszym niźli śmierć!
Choć skazano nas dawno na ludzką niepamięć,
Znów wznosimy ku niebu swoją hardą pięść!


5 lipca 2010 r.

Ostatni Poeta


Płynął wraz z trawami
Gdy już nikt nie pamiętał
A wschody i zachody słońca
Były jego domem i ostoją

Płakał deszczem i śmiał się tęczą
Zadumany nad losem
Kraju lat dziecięcych
I wietrznej młodości

Czuł to co niewyczuwalne
Grzmiąc potęgą tysiąca gromów
Pijąc nektar świetlistego istnienia
I rozumiejąc śmierć

Potem odszedł nagle
Tak jak przyszedł
Bez zbędnych pytań
Lecz tęsknota i żal
Rozrywały mu pierś

Razem z nim odeszło wszystko to
Co wartościowe
Cały świat umarł
Uczucia porwał północny wiatr
I odeszły w zapomnienie

14 listopada 2000 r.

Gosk


wzburzył się władca
kaszubskich odmętów
muzyką fal morskich
ogarnął szare międzychmurza
magicznym trójzębem
rozpłatał spokój falochronów
i wskazując prawicą na południe
zawisł nad markotnymi plażami
rozpamiętując swe dzikie namiętności

szedłem wtedy plażą
porośniętą uśpionymi marzeniami
i w ofierze przyszłość swą złożyłem

a jantar błyszczał
zaklętym w nim słońcem

3 września 2002 r.

69

Co mi tak w duszy szczęściem rozedniewa
I na konarach czasu rozpościera?
Co każe wciąż to tu, to tam istniewać,
Przejawiać się, a potem nadumierać?


Gdzieś na dnie myśli, w głębinach tęsknoty
Rodzi się ludzkie odwieczne pytanie:
Zali ogarnę światów niezmierzoty?
Będę-li kiedyś wszechumiłowaniem?


Jakaż to siła tajemna, niezgłębna -
Wola kształcąca wzajemprzenikanie,
Że moja dusza - odmienna, odrębna
Tak się do innych upodabnia dla niej...


Misterium trwania, arcysacrum bytu,
Wszechzrozumienie, kołowirowanie,
Dionizyjskiego puchary zachwytu -
Oto jest boskie życioumieranie!


6 maja 2002 r.

Ogród Mistyczny

Ciemno w ogrodzie...
W zaroślach lęk mieszka.
Wiatr mrokiem grozy
Poprzewracał płoty.


Cicho w ogrodzie...
Tylko jakieś cienie
Czasów zamierzchłych
Żyją wśród pustoty.


Zimno w ogrodzie...
Słońce się przelękło
Śmierci zionącej
Spośród traw wysokich.


Smutno w ogrodzie...
Uschły wszystkie drzewa.
Gdzieś płacz się poniósł
Pod ciemne obłoki.


Mokro w ogrodzie...
Deszcz spadł niespodzianie.
Razem z nim jeszcze
Większy smutek przybył...


I tłuką teraz
W drzwi na pół otwarte,
I dzwonią razem
W starych okien szyby.

A w domu pustka...

Czerń się w kątach czai.
Nicość się wala
Po brudnej podłodze.

W ogrodzie droga
Idąca w zaświaty...-
Martwe się mary
Snują po tej drodze.

24 stycznia 2003 roku.

Wołowski Wieczór


Wieczór już zapadł w wołowskim powiecie.
Już czerwień słońca nad miastem zagasa.
Już mrok tajemny tuła się po świecie
I śmierć się czai w okolicznych lasach.


Już gwiazdy swoje starożytne twarze
Wieszają w ciszy na rozległych niebach.
Marzną powoli sierpniowe pejzaże.
Pod ludzką stopą stygnie ciepła gleba.


Wiatry też milkną w przedmiejskich alejach.
W czarnych gałęziach usypiają soki.
Na przekór nocy rozbłyska nadzieja
I mocą swoją prześwietla obłoki.


W śródmiejskie parki zdążają poeci.
Wioski się topią w księżycowym blasku,
Który nad świętym Dolnym Śląskiem świeci,
Przypominając o porannym brzasku.


17 sierpnia 2002 r.

* * *

Gdyby mi nagle przyszło do głowy,
Wyszedłszy z domu ranną godziną,
Gąszcz Ci pokazać - gąszcz kalinowy,
W którym półmroki na wieki giną


I w tych zaroślach tchnących świeżością
W otchłanie strącić senność z Twych powiek
I opleść Ciebie ducha boskością,
Byś zobaczyła, żem jednak - człowiek,


Gdybym rozścielił łąkę przed Tobą,
Wonną od kwiecia, taką, gdzie rosa
Lśni światłem słońca i samą sobą,
Byś tam biegała - naga i bosa,


Albo w tajemnej jakiejś potrzebie
Gdybym Ci błękit nieba przychylił,
Byś mogła stać się bóstwem w tym niebie,
Co byś zrobiła w tej dziwnej chwili?


30 grudnia 2002 r.

Zerivana

w miejscu gdzie poezja łączy się z kiczem
tylko krzyk człowieczeństwa ma prawo głosu
dym idący znad szarych pól samotności
ożywia obrazy z dzieciństwa
i wspomnienia żyjące tylko pomiędzy
niezrozumieniem a wątpliwością
tu gdzie jedynie słowa prawdy są w stanie
ocalić ginące dzień po dniu dziedzictwo
powstaje z tkwiących głęboko w każdym z nas
pokładów woli życia kreacji i przemian
nowa filozofia bazująca na ludowości
niewidzialny malarz kładzie słoneczne barwy
na dachach domów uśpionych niewiedzą
w leśnych ostępach budzi się nowa era
naleciałości minionych wieków odpadają
od nienaruszonych murów dumy i siły
pamięć zbiorowa staje się faktem
archaiczne śpiewy nabierają znowu sensu
nikt już nie wątpi w słuszność mistycyzmu
tak mało nas jeszcze wśród królestw obłudy
wiano słońca tak lśniące jak potęga słowa
wolność której nikt nam nie odbierze
każda sekunda jest sprzymierzeńcem prawdy
pień z którego wyrośliśmy daje nowe soki
bardzo powoli świat dąży ku wielkości


5 września 2002 r.

Epiphaneia

Jest taki wiatr,
Który wieje pomiędzy gwiazdami
I maluje mroki niebytu
Dalekosiężnymi planami Stworzenia.


Teraz już wszystko rozumiem...


Kropla porannej rosy
Zawiera w sobie pełnię Boga.

* * *

Noc już nadeszła. Płoną świec lampiony.
Gdzieś tam, za oknem, czarny, głuchy świat.
A w mojej duszy jęk nieutulony.
Ktoś moje życie bezpowrotnie skradł.


Czarcie gałęzie - ręce Czarnoboga -
Pukają w szyby, tańcząc w nocnej mgle.
Poza tym cicho... I tylko zła trwoga
Woskowy półmrok bezlitośnie tnie.


Prastary księżyc na mroźnych niebiesiech
Srebrną rozpaczą rozpromienia las,
A pustka duszy razem z mgłą się niesie...
Właśnie ostatni płomień świecy zgasł.


Już tylko grudzień zagląda mi w oczy.
To Twoje kroki dochodzą zza drzwi?
Słyszę wyraźnie jak powietrznie kroczysz,
By swoim życiem rozświetlić me dni!


Dartford, 30 listopada 2011 r.

Pejzaż



                                      














Latem to było, latem, czerwcowym wieczorem!
Słońce w niebach szerokich rozpaliło łunę
I gasnącą czerwienią zawisło nad borem.
Łąka pachnieć zaczęła nocą i piołunem...


Z wschodnich stron nieproszony Strzybóg wnet się zjawił,
Niosąc z sobą skłębioną czarnych chmur powałę.
Wietrzny szaman-czarodziej! Deszczem świat załzawił -
Ciepłym światom na zgubę, a na swoją chwałę.


W deszczu tym dąb wiekowy święte swe konary
Splótł z jasnością pioruna, co weń z góry raził,
Jeszcze świętszym go czyniąc w ostatniej godzinie.


Zamarł świat przerażony mocą tej ofiary!
I w tej chwili śmiertelnej żaden dźwięk nie skaził
Ciszy, która zapadła w podgórskiej dolinie.


29 grudnia 2010






(wykorzystano obraz Maxima Worobjewa "Dąb rozszczepiony piorunem")